Biały Książę - strona 28
wychodziło doń, gdy u stołu siedzieli, posługiwała, śpiewała, szczebiotała.
Książę, choć po żonie rozpaczał, a na niewiasty ani spojrzeć nie mógł dla wielkiej boleści wspomnienia tej, którą utracił, przecie Bodczanki Frydy owej pieśniom się przysłuchiwał rad, płakał, słuchając, mówiono, że jej pierścień darował, a ludzie szeptali, iż dziewczę się w nim więcej rozmiłowało, niż było potrzeba. Bo książę pono ani myślał o niej.
Ale że mu w Drdzeniu było lepiej niż w Gniewkowie, bo tam o swej stracie zapominał, dawał się do nich wyciągać. Myśmy prorokowali wówczas, aby bodaj dziewki staroście nie wziął.
Tymczasem się inaczej stało. Poszedł zatarg o lasy nadgraniczne. Chciano mu je oderznąć, aktami dowodząc, że do księstwa nie należały.
Sporu to nie było warte, bo lasu miał dosyć i na drzewo, i do łowów, a mało o to zdał się dbać. Lecz pod złą godzinę ktoś mu podszepnął, że Staszko Kiwała, sędzia kujawski, granicę samowolnie na sosnach zarębywać każe.
Książę, usłyszawszy to, rzucił się jak rażony. Kania począł wołać, oszczep pochwycił; ludziom kazano wszystkim się zbierać i na granicę.
Gdyśmy zobaczyli, jak wyruszał z podwórca, koniowi ostrogi w boki wraziwszy, prosiliśmy Pana Boga, aby sędziego gdzie nie napotkał, a właśnie Kiwała z kaliszanami w istocie sosny znaczył i kopce sypał.
Puścił się nań, zobaczywszy go, książę, łając od razu i bezczeszcząc. Kiwała, jak był mocen swym prawem, nie ustąpił. Odparł księciu, że on tu króla osobę na sobie ma.
A ten, nie czekając, oszczep podniósłszy, cisnął i w samą pierś go trafiwszy, w miejscu trupem położył.
Dopiero gdy krew trysnęła, a martwy padł i ludzie, co z nim byli, uchodzić zaczęli, książę osłupiał i poznał, że źle uczynił.
Zawrócił konia, o granicę już nie dbając, i półżyw, na siodle ledwie mogąc usiedzieć, do Gniewkowa powrócił.
Książę, choć po żonie rozpaczał, a na niewiasty ani spojrzeć nie mógł dla wielkiej boleści wspomnienia tej, którą utracił, przecie Bodczanki Frydy owej pieśniom się przysłuchiwał rad, płakał, słuchając, mówiono, że jej pierścień darował, a ludzie szeptali, iż dziewczę się w nim więcej rozmiłowało, niż było potrzeba. Bo książę pono ani myślał o niej.
Ale że mu w Drdzeniu było lepiej niż w Gniewkowie, bo tam o swej stracie zapominał, dawał się do nich wyciągać. Myśmy prorokowali wówczas, aby bodaj dziewki staroście nie wziął.
Tymczasem się inaczej stało. Poszedł zatarg o lasy nadgraniczne. Chciano mu je oderznąć, aktami dowodząc, że do księstwa nie należały.
Sporu to nie było warte, bo lasu miał dosyć i na drzewo, i do łowów, a mało o to zdał się dbać. Lecz pod złą godzinę ktoś mu podszepnął, że Staszko Kiwała, sędzia kujawski, granicę samowolnie na sosnach zarębywać każe.
Książę, usłyszawszy to, rzucił się jak rażony. Kania począł wołać, oszczep pochwycił; ludziom kazano wszystkim się zbierać i na granicę.
Gdyśmy zobaczyli, jak wyruszał z podwórca, koniowi ostrogi w boki wraziwszy, prosiliśmy Pana Boga, aby sędziego gdzie nie napotkał, a właśnie Kiwała z kaliszanami w istocie sosny znaczył i kopce sypał.
Puścił się nań, zobaczywszy go, książę, łając od razu i bezczeszcząc. Kiwała, jak był mocen swym prawem, nie ustąpił. Odparł księciu, że on tu króla osobę na sobie ma.
A ten, nie czekając, oszczep podniósłszy, cisnął i w samą pierś go trafiwszy, w miejscu trupem położył.
Dopiero gdy krew trysnęła, a martwy padł i ludzie, co z nim byli, uchodzić zaczęli, książę osłupiał i poznał, że źle uczynił.
Zawrócił konia, o granicę już nie dbając, i półżyw, na siodle ledwie mogąc usiedzieć, do Gniewkowa powrócił.
Oznaczenia: Barum